To Rozdział 2

To Rozdział 2, czy dorównuje części pierwszej – recenzja

Powrót po 27 latach

Psychopatyczny klaun Pennywise powraca. Czy jest jeszcze bardziej przerażający niż w pierwszej części, którą także na blogu recenzowałem – To – czyli jak powstał całkiem niezły horror? Trzeba przyznać, że reżyser Andy Muschietti ponownie świetnie odczytuje twórczość Stephena Kinga. Film kontynuuje to, co było dobre i rozwija kilka dodatkowych intrygujących wątków. To sprawia, że film ogląda bez zbędnego znużenia, mimo seansu trwającego blisko 3 godziny. Jednak czy To Rozdział 2 jest aż tak dobry, jak mogłoby się wydawać?

To Rozdział 2 – bez zbędnego spojlerowania

Minęło dwadzieścia siedem lat od, kiedy to Klub Frajerów stawił czoła tajemniczej siejącej wokół strach sile. Która to przybrała postać Pennywise’a. Klauna, który zamiast śmieszyć i wzbudzać pozytywne emocje sieje zło i przerażenie. Ten, kto widział pierwszą część zapewne zapamiętał, że zakończyła się ona wspólną przysięgą zobowiązującą przyjaciół do ponownego stawienia czoła złu, jeśli ono powróci do miasteczka. Wizja Beverly mówiła, że gdy będą w wieku swoich rodziców, powróci strach. W niewielkim miasteczku Derry ponownie znikają ludzie. A początek temu daje zbrodnia wynikająca z nienawiści i nietolerancji.

To Rozdział 2

Mike jedyny z Klubu Frajerów, który nie opuścił miasteczka został mimowolnym strażnikiem przeszłości. Zbierał i katalogował informacje o historii Pennywise’a i wszelkie dowody na jego mroczną siłę. Gdy ta ponownie się objawia postanawia ponownie zebrać ekipę, która walczyła blisko trzy dekady wcześniej. Dorośli bohaterowie mieszkają w różnych miejscach w kraju, często osiągnęli świetne stanowiska i wbrew pozorom niewiele pamiętają z przeszłości. Teraźniejszość płynnie miesza się z tym, co już było, a to co widzimy na ekranie ma oczywiste związki z dzieciństwem naszych bohaterów.

Trzeba przyznać, że losy całej siódemki, choć intrygujące to zostały przedstawione jako dość przewidywalne. Bill, który stracił brata, jest nomen omen autorem horrorów. Jedyna w składzie dziewczyna Beverly zamieniła władczego ojca na tożsamego męża. Eddie panicznie wszystkiego się bojący znalazł zatrudnienie w sektorze zarządzania ryzykiem, do tego  nadopiekuńczą matkę zamienił na identyczną żonę. Ritchie dzieciak, który dowcipem rozładowywał napięcie został stand-uperem. Stanley nadal niszczony jest przez strach i nie pozwala mu na wykonanie kroku w przód. Wspomniany wcześniej Mike jako jedyny pozostał w Derry. Tylko pozornie oczywistą przemianę zaliczył Ben, niegdyś ociężały tłuścioch, a współcześnie zdobywca największego zawodowego sukcesu z całej grupy.

To Rozdział 2

Cała akcja płynie całkiem sprawnie. By nie zdradzić za dużo, a sporo już ujawniłem dodam tylko, że wszyscy członkowie Klubu Frajerów muszą odzyskać swoją pamięć, odszukać artefakty z przeszłości. Psychodeliczny klaun gra ich emocjami, próbuje zastraszyć, złamać ich ducha. Trzeba przyznać, że robi to całkiem sprawnie. By w pełni je zrozumieć trzeba tutaj wrócić do pierwszej części, bez tego widz może mieć problem z wychwyceniem bezpośrednich powiązań i nut aluzji z filmem, który widzowie mogli oglądać na ekranach kin w 2017 roku.

Czy to naprawdę dobry film?

Niewątpliwie pochwały należą się twórcom efektów specjalnych zrobili dobrą robotę. Mroczne wizje zła solidnie atakują widza z kinowego ekranu, wywołując w naszej wyobraźni fale niepokoju. Kinoman o słabszych nerwach natrafi na kilka scen, które naprawdę mogą wystraszyć. Gra aktorska jest na bardzo solidnym poziomie. A aktorzy, którzy wcielili się w głównych bohaterów swoją postawą przed kamerą przekazują nam dużą dawkę emocji, często trzymających wręcz mocno za gardło.

To Rozdział 2

Czy w tym wszystkim da się znaleźć łyżkę dziegciu? Hym niestety w mojej opinii tak. Jak dla mnie są dwa zgrzyty, które dość mocno niweczą całość, która mogłaby z powodzeniem przebić pierwszą część. O co chodzi? To Rozdział 2 w jednej ze scen, w której bohaterowie muszą odzyskać artefakty z przeszłości prezentuje się niczym Deadpool i to dosłownie. Charakterystyczna muzyka Angel Of The Morning i jednoczesne rzyganie – WTF? Normalnie rozłożyłem ręce i zbaraniałem, bo było to całkowicie oderwane od realiów całego filmu. Kolejna rzecz to zakończenie, które w odniesieniu do niesionego pokładu emocji przez cały film jest po prostu ckliwe i przesłodzone.

Mimo wszystko warto wybrać się na ten film do kina. To dobra interpretacja Stephena Kinga, a po seansie nie wyjdziesz znudzonym, czy też zniesmaczonym.

Więcej wpisów w kategorii Kulturalnie
Więcej wpisów w kategorii Film

Zdjęcia: materiały prasowe.