Kaszuby

Kaszuby i miesięczny reset głowy, bo ciało dostało mega wycisk

Ponad miesiąc ciszy

Nie trudno zauważyć, że w ostatnim czasie dużo mniej publikuję. Tekstów na blogu pojawia się zdecydowanie mniej, jednak są dłuższe oraz na poważniejsze tematy. Ostatnio także miejsce miała dłuższa przerwa spowodowana moim miesięcznym wyjazdem na Kaszuby. Kolejny raz otrzymałem propozycję pracy na czas wakacji z Aktivą – firmą, która organizuje obozy sportowo-rekreacyjne dla dzieciaków. Ten czas mimo solidnego fizycznego kopniaka w tyłek wykorzystałem przede wszystkim na „reset”, który od dawna był mi potrzebny.

Jak zawsze warto

To już szósty raz, kiedy zakontraktowało mnie biuro Aktiva, kilka telefonów przeprowadzonych w miłej atmosferze i wszystko było jasne. Ponownie odwiedziłem Ostrów Mausz, a dokładniej Ośrodek Szkoleniowo – Rehabilitacyjny MAUSZ prowadzony przez Stowarzyszenie Rehabilitacyjno – Sportowe Szansa Start Gdańsk. Całość usytuowana jest na półwyspie mocno wcinającym się w Jezioro Mausz, bo jakże mogłoby być inaczej, jeśli chodzi o nazwy ze słowem Mausz. Na miejscu wszystko, co potrzebne by aktywnie spędzić czas. Pełne zaplecze lokalowe, jak i baza sportowa na wysokim poziomie.

Ludzie

Gdyby nie oni, to taki wyjazd byłby dla mnie całkowicie bez sensu, a wyjazd na Kaszuby byłby tylko czasem straconym. A było wręcz odwrotnie. Choć zabrakło czasu, by zamieszczać choćby relacje foto na fanpage (jeszcze to nadrobię), to jedyne zdjęcia, które publikowałem dotyczyły tak naprawdę porannych treningów z Pawłem i naszego wspólnego startu w biegu na dystansie 10 km. Nie żałuję rozstania na nieco dłużej z soszalami, bo ponownie spotkałem kadrę składającą się z fenomenalnych osób. Byli w niej starzy wyjadacze, jak i przysłowiowe świeżynki. Osoby, z którymi od ładnych kilku lat mijałem się na turnusach i wiele takich, które zobaczyłem pierwszy raz na oczy. Są to ludzie, którzy nie muszą wciągać żadnych białych proszków, by być na pozytywnym „haju”. Bo praca z młodzieżą wymaga niespożytych pokładów energii, a oni ją mieli. Poniżej postaram się wspomnieć choćby część z nich.

Bez podziałów

To co przeczytacie poniżej podszyte będzie nieco czarnym humorem i szyderą. Dlaczego właśnie z nimi? Bo sami o sobie mówimy, że jesteśmy porąbani i nikt normalny nie robiłby tego, co my. Ci, którzy o sobie poniżej przeczytają, mam nadzieję, że przyjmą to z dystansem i odpowiednią porcją uśmiechu na twarzy. Wiadomo ci, który byli kolejny raz mieli większą pewność siebie, znali ośrodek, ale także chętnie dzielili się własnymi doświadczeniami w pracy z młodzieżą. Ten kto był pierwszy raz, także dorzucił swoje do kociołka zwanego „rodzinką”.

By nikt nie był pokrzywdzony to będzie alfabetycznie. W kilku słowach postaram się wspomnieć o tych, których udało mi się najlepiej zapamiętać lub udało mi się zrobić im udane zdjęcie. Przez kadrę w trakcie mojego czterotygodniowego pobytu na Kaszubach przewinęło się około 40 osób, może nawet więcej, nie liczyłem tego aż tak dokładnie. Niestety ze smutkiem muszę muszę stwierdzić, że niektórym osobom z kadry nie udało mi się zrobić w ogóle żadnego portretowego foto. Jeśli to tylko będzie to możliwe, to posilę się fotką z poprzednich lat, by zilustrować daną osobę.

Angelika – Andża

Była obozowiczka, a od dwóch lat w kadrze. Przeglądając kiedyś moje materiały z minionych lat trafiłem na video z mojego pierwszego sezonu na Kaszubach. Miała ze mną zajęcia z survivalu i jako jeszcze gimnazjalistka przechodziła, a chwilami wręcz przeczołgiwała się przez bagno pełne błota. Posiadaczka czarnego pasa w taekwondo. Na miejscu odciążała mnie z Wojtkiem i Oktawianem w zajęciach ze sportów walki, dzięki temu sam miałem o wiele bardziej urozmaicony plan dnia, niż w minionych latach. Dziewczyna z wielkim dystansem do siebie, co najlepiej pokazała w minionym sezonie grając w naszej superprodukcji „Loczek nie płacze”.

Aktiva

Aśka – wilk morski

Początki naszej współpracy sześć lat temu były można by powiedzieć, że szorstkie. Kolejnym razem zatrybiło od razu, niestety potem nastąpiły trzy lata przysłowiowej mijanki w turnusach, na których byliśmy i dopiero teraz ponownie mieliśmy okazję wspólnie popracować. Specjalizuje się w żeglarstwie, jest sternikiem morskim, a nawet nie tak dawno temu opływała Przylądek Horn nie dając się Neptunowi. Duży dystans do siebie pozwolił się jej zamienić na chwilę w ekscentryczną Cruellę de Mon. Z racji wieku (choć raz nie byłem najstarszy w kadrze) i ogromu zdobytych doświadczeń często łagodziła mniejsze i większe spięcia, które pojawiały się w naszej pełnej energii ekipie.

Gosia – ale nie Małgosia

Gdy wsiadałem z Kamilem do autokaru we Wrześni, którego to ekipa przechwytywała nas z tamtejszej stacji PKP przywitała mnie najzwyklejszym – cześć Wojtek. W pierwszych sekundach nieco mnie to zdziwiło, bo jeszcze rok temu mówiła do mnie – panie Wojtku, będąc obozowiczką. Oczywistym więc było to, że w kadrze była najmłodszą osobą. Ciekawą sprawą było posłuchać jej przemyśleń na temat przejścia między światem obozowicza i kadrowicza. Kończąc wspominki o Gosi zdradzę wam mały, wielki sekret tej skromnej dziewczyny. Fenomenalnie śpiewa – polecam posłuchać jej wykonania utworu Billie Eilish – When the party’s over, gra na skrzypcach oraz gitarze. Zwłaszcza śpiewem i umiejętnością gry na gitarze wsparła nas w trakcie ogniska najstarszych grup, czym sprawiła fenomenalny klimat na nim.

Aktiva

Hubert – Hubi

Od kiedy pamiętam to zawsze na małym obozie. Żeglarz, świetny w swoim fachu. Zawsze dbający o swoją sylwetkę. Często mnie podpuszczał, żartując sobie ze mnie, kiedy na moim brzuchu pojawi się przysłowiowy „kaloryfer”. Zapewniam cię, on już tam jest, muszę go tylko odsłonić. Za to wygrywam z nim w naszym małym obozowym wyzwaniu – Bring Sally Up – Push Up Challenge. Kto nie wie, o co chodzi niech zajrzy na Youtube i sam podejmie się tej próby. Po poniższym zdjęciu wiadomo już, że nie bez przyjemności grający z nami w plażówkę.

Aktiva

Kajetan – Kajto lub Kajtek

Chyba największy „świr”, jakiego poznałem w tym roku. Obozowy fach – żeglarstwo i zapewniam was, był w tym naprawdę dobry. Współlokatorów zaskoczył swoimi architektonicznymi umiejętnościami. Po jednej z pierwszych nocy, kiedy to nie dawała mu spać mucha zaczął kombinować i rozwiesił nad łóżkiem moskitierę. Choć teoretycznie dookoła miał same gładkie ściany, zrobił to tak skutecznie, że niemal każdy z kadry musiał przyjść i to zobaczyć, bo większość nie wierzyła. Nurek, który nocą polował na zatopione klapki na naszym kotwicowisku. Po tym, jak zobaczył z jakimi wariatami pracuje od razu wiedział, że trafił w odpowiednie miejsce.

Aktiva

Kamil – długi

Długie ręce, długie nogi po prostu długi gość. To był już nasz trzeci wspólny sezon spędzony na Kaszubach. A zaczął się od jazdy razem pociągiem do stacji Września, kilka przegadanych godzin na wiele nieoczywistych tematów. Tym razem na dużym obozie oraz dosłownie ze mną przez ścianę. Siatkówka, czy koszykówka nie miały dla niego żadnych tajemnic, co było często widać na boisku. Po odprawach fenomenalny kompan do rozmów i wycinania numerów innym. Absolwent mojego AWF-u dlatego ciekawie było móc obgadać nieco wykładowców i to jakie zmiany zaszły na uczelni.

Kuba – flegmatyk

Od zawsze na małym obozie, choć teraz miał przyjemność spędzenia jednego ze swoich tegorocznych turnusów ze starszymi grupami, jako wychowawca. Oj szybko przekonał się, jakie są różnice między tymi światami. A najciekawsze w tym wszystkim było to, że dostał do kontroli najstarszą grupę dziewczyn. Wszystko, co robił wykonywał powoli, wręcz flegmatycznie. Przez to u swoich dziewczyn dostał ksywkę – „tak mi się nie chce”. Po części mu się nie dziwię, bo pozostali faceci z kadry w tym ja mieliśmy dzieciaki na tym samym piętrze lub dosłownie pod nami. Kuba natomiast, by skontrolować dziewczyny, czy choćby zgasić im światło na ciszę nocną musiał zawitać na całkiem inny blok. Tyle ile się dało to spał, każdą wolną chwilę konsumował na sen. Jednak jego życiem były żagle i to tam dosłownie dostawał energetycznego kopa. Osoba, o której wprost można powiedzieć – pozory mylą.

Aktiva

Łukasz – fizjo

Jedna z najbardziej spokojnych osób, jakie poznałem, pracując jako kadra na Kaszubach. Nie mogłoby się w jego przypadku obyć bez wspólnej, a jakże gry w siatkówkę plażową. Jednak nie wiem, czy to jednak koszykówka nie jest jego większą miłością jeśli chodzi o gry zespołowe, choć w ciągu miesiąca pobytu na miejscu tylko raz mieliśmy okazję wspólnie w nią zagrać. Na większości jednak robił wrażenie gigantyczną wiedzą z zakresu fizjoterapii. W ciągu kilkunastu sekund był w stanie podpowiedzieć każdemu, kto miał jakiś problem ze swoim ciałem ćwiczenia, które wzmocniłyby daną partię mięśni. Nawet mi podpowiedział co nieco odnośnie moich barków, dających mi się nieco we znaki w czasie naszych gierek.

Marek – Wiluś

Niepozorny, zawsze z czapeczką marynarską na głowie. Cichy i nie rzucający się w oczy, a dusza towarzystwa. W tym roku nieco się z tym ostatnim ukrywał, bo w zasięgu wzroku niemal nieustannie pojawiała się jegomałżonka oraz trzech pełnych energii synów. Mistrz szanty i gry na ukulele, ale także słownej improwizacji do świetnie wszystkim żeglarzom znanej melodii Morskie opowieści. Także mistrz oszczędzania energii i kumulowania jej w sobie. W swojej magicznej torbie zawsze miał przy sobie wszystko co pozwalałoby mu przeżyć na wodzie i nie tylko w niej.

Martyna – zakręcona

Blondynka, choć nieco zakręcona to także i opanowana. W ubiegłym roku raczej mało mieliśmy styczności ze sobą. W tym było już było całkowicie odmiennie, bo wspólnie na dużym obozie. Udało się nam nawet z Aśką i Wojtkiem zorganizować wspólnie ognisko dla dzieciaków najstarszych grup, gdzie można było spokojnie pogadać. Osoba z genialnym poczuciem humoru, dystansem do siebie, a do tego lubiąca czasami głośniej krzyknąć. W tym roku nieco mniej się angażowała w kadrowe rozgrywki, ale zapewniam was nie raz by was zaskoczyła swoją grą.

Mateusz – Mati ewentualnie Żyłka

Przez dwa tygodnie mój współlokator. Specjalista od tenisa, jak tylko mógł to zarażał do niego dzieciaki. Jajcarz jakich mało, zawsze chętny do zrobienia jakiegoś wkręta. Często w dyskusji z nim nie do końca było wiadomo czy mówi całkiem serio, czy robi sobie przysłowiowe jaja. Ale to było w nim najlepsze, dzięki temu zawsze było z nim wesoło. Kolejna osoba z puli świetnych graczy w siatkówkę. Genialny organizator czasu wolnego między kolejnymi zajęciami. Nawet kilka minut dostępnego czasu było zawsze spożytkowane na zamknięcie oczu i naprawdę szybką drzemkę. Nawet do porannego budzenia dzieciaków nastawiał budzik maksymalnie dwie minuty przed godziną „zero”.

Aktiva

Mateusz – po prostu Mati

Przez pierwszy z moich turnusów sąsiad przez ścianę. W kadrze pełniący rolę żeglarza i świetnie wywiązujący się z tej roli. W tym sezonie może nieco mniej aktywny w poobiednich przerwach, ale zapewniam was w minionych latach zostawił wiele potu na boisku do plażówki. Pozornie bardzo spokojny i stonowany gość. Wieczorami, szczególnie po niekończących się odprawach genialny kompan do grupowych pogaduch oraz wycinania sobie wzajemnie numerów.

Michał – przystojniak

Michał to taki gość można by powiedzieć, że z estymą, do tego elegancik. Zadbana i nienaganna fryzura, ale sam mało się na tym znam, bo w sumie chodzę ciągle łysy. Specjalista od windsurfingu, który prowadził ze stoickim wręcz spokojem. Z drugiej strony za pan brat z tenisem. Znaczną część wolnego czasu, o ile się taki znalazł poświęcał na nasze kadrowe poobiednie gry w siatkówkę plażową. W tym roku dało się zaobserwować także, że mocno wkręcił się w żagle, ale to chyba dzięki Pawłowi i jego małej „łupince”.

Monika – zawsze uśmiechnięta

Dopiero w tym sezonie się poznaliśmy, choć z Aktivą współpracuje od kilku lat. Drobna i niepozorna, bo raczej do wysokich osób nie należy. Za to dynamit energii uwalnianej szczególnie w trakcie zumby i innych tańców. Najpiękniejszy uśmiech wśród kadry, dzięki któremu od razu przy niej robiło się człowiekowi raźniej. W ciągu kilku minut potrafiła się zamienić w „faceta” i to dosłownie, przez co naprawdę trudno było ją czasami wyłapać w tłumie chłopaków. Dziewczyna, jak się okazało z fotograficzną przeszłością. Szkoda tylko, że tak późno przekonałem się o tym, że potrafi zrobić naprawdę świetne zdjęcia. Przy kolejnym spotkaniu w Mauszu będę mógł w ciemno zostawić jej mój sprzęt foto wiedząc, że oddaję go w dobre ręce. Pierwszy raz miała styczność z naszą obozową bieganką, czyli grą Prison Break i chyba się w niej zakochała z wzajemnością.

Natalia – miotacz vel Natan

Softballistka, ale również czynnie grająca z mężczyznami w baseball. Najszybsza kobieca ręka, jaką znam. Jej rzuty nawet z odpowiednią rękawicą do chwytów piłki bałbym się łapać. Bez obaw do tego zabiegu podchodził chyba tylko Radek. Podobnie jak większość kadry nie stroniła od żartów z samej siebie oraz całej ekipy. Świetnie gra w siatkówkę, co często było wykorzystywane zwłaszcza w poprzednim sezonie do naszej wewnętrznej rywalizacji.

Aktiva

Oktawian – Lewiatan

Kadrowy wariat, obdarzony przez naturę gigantycznym dystansem do siebie. Zawsze skory do wygłupów i straszenia dzieciaków na stołówce w trakcie posiłków. Instruktor sportów walki – podobno sparował z Weroniką, ale nie dane mi było tego zobaczyć. Nie będzie chyba zaskoczeniem, jeśli wspomnę przy jego osobie o kadrowych meczykach siatkówki plażowej. Bez jego podrygów nie mogłaby się także obyć żadna taneczna impreza, na których to był wręcz gwiazdą wielkiego formatu.

Aktiva

Oliwia – śpioch

W Mauszu spotkaliśmy się po czterech latach przerwy. Prywatnie bardzo mocno związana z baseballem. W trakcie naszej współpracy bardziej zajmowała się zajęciami tanecznymi. Zakochana w czekoladzie, którą mogłaby nieustanie pochłaniać. Najczęściej jako pierwsza znikała po odprawach, by się najzwyczajniej w życiu wyspać. Jednak bezsprzecznie najlepsza osoba do rozmów w cztery oczy. Niekrytykująca, nieoceniająca, nie bojąca się poruszyć żadnego tematu, mimo dość młodego wieku mająca za sobą wiele życiowych doświadczeń. Rozstając się przy moim wyjeździe z Kaszub wspólnie doszliśmy do jednego wniosku. Wielką przyjemnością było mieć się dla siebie przez dwa tygodnie, a nie tylko przez dwie godziny spotkania przy kawie w „Maku”, raz w roku.

Patrycja – Pati, Patka

Śmiało można o niej powiedzieć weteranka. Drobna i niepozorna brunetka przez połowę mojej obecności w Mauszu pełniła rolę prawej ręki kierownika. Choć jeśli wymagałaby tego sytuacja to obstawiam, że byłaby w stanie poprowadzić niemal każde obozowe zajęcia. Wymagająca, ale jednocześnie bardzo empatyczna wobec kadry. Wszelkie drobne i większe napięcia rozładowywała ciepłym tonem głosu i rozbrajającym uśmiechem. Niepozorny głos często nie znosił sprzeciwu. Potrafiła się na nas solidnie wkurzyć, ale już po kilku sekundach potrafiliśmy ją udobruchać i wszystko wracało do normy w naszych kontaktach.

Patryk – dawniej Młody, teraz Rusek

Pracowaliśmy ze sobą kolejny sezon, chyba już piąty jeśli się nie mylę. To przekładało się na wiele pozytywnie zakończonych działań. Od tych realizowanych dla dzieciaków, po te które serwowaliśmy dla jaj kadrze. W tym roku to jednak jemu wycięto jeden z większych numerów. Mianowicie wyniesiono mu z domku kadry łóżko, które zostało starannie ukryte na terenie ośrodka. Nieco zajęło mu jego odnalezienie, ale najważniejsze było to, że je odzyskał i miał na czym spać. Żywiołowy i pracowity, z dystansem do siebie, siejący dookoła siebie dużą dawką czarnego humoru.

Paweł – weteran, pan pompeczka

Najbardziej zaprawiony w bojach zawodnik naszej kadry i to dosłownie. Dawniej wyczynowy sportowiec – kolarz, triatlonista. Obecnie już chyba bardziej biegacz, choć na rowerze także jeszcze lubi się pościgać. Człowiek praktycznie od wszystkiego, do tego nie bojący wyzwań. W tym roku próbował w dzieciakach zaszczepić bakcyla związanego z rugby tag i nie powiem, wyszło mu to całkiem nieźle. Większość czasu spędzający nad wodą, w końcu windsurfing i żagle to jego żywioły. Szef nabrzeża, osoba wyczulona na punkcie porządku i organizacji podczas wydawania sprzętu na zajęcia. Ten, kto łamał te zasady dostawał porcję pompeczek do zrobienia, z tej racji od dzieciaków dostał kryptonim – pan pompeczka. Zanim wszyscy wstali z łóżek Paweł już dawno był po porannym treningu. Wyciągał mnie na nie, za co mu jestem wielce wdzięczny, dzięki temu dzieciakom już z rana można było zaimponować przebiegnięciem nawet 12 km przed ich poranną pobudką. To dzięki Pawłowi wziąłem także udział w biegu VIII Pętla Tuszkowska Matka – nareszcie nowa oficjalna życiówka, o którym już wcześniej wspomniałem na blogu.

Radek – barber czy bałaganiarz

Poznaliśmy się rok temu i od razu było wiadomo, że będzie wesoło. Śmieszek jakich mało z siebie samego i wspólnie ze wszystkich. Do tego stopnia, że wraz z Wojtkiem przerobili nieco skecz kabaretu Ani Mru Mru – Tofik i do tego fenomenalnie go odegrali. Spec od baseballa, ale w tym sezonie także równie często obdarowywany delegacją na kajaki. Po tym ilu było brodaczy w kadrze, ewentualnie permanentnie golących twarz stwierdził, że na kolejny sezon zabierze ze sobą sprzęt barberski. Obiecał golić facetów brzytwą, trymować brody i strzyc na łyso jeśli będzie taka potrzeba. A skąd wziął się bałaganiarz? Nie powiem, by w moim pokoju był idealny porządek, ale u Radka był istny „argagamedon”, a właściwie na i wokół jego łóżka. W pewnym momencie doszło nawet do sytuacji, że nie sypiał już nawet na nim, a obok na podłodze leżała stale otworzona walizka z niemal wszystkimi jego ubraniami.

Weronika – fighterka, ale i zmarzluch

Patrzysz na nią z boku i myślisz sobie typowa „ruda”, czyli stan umysłu. Patrzysz nadal i widzisz szczupłą i niepozorną dziewczynę. Dziewczynę, która jak się później okazało rzucała chłopakami o ziemię jak tylko chciała i to dosłownie. Posiadaczka czarnego pasa w judo, a od 3 lat zawodniczka startująca w amatorskich zawodach MMA. Naprawdę wiele już w nim osiągnęła, bo tytuły Mistrzyni Polski i Europy. A teraz największe zaskoczenie dla was, a jeszcze niedawno także i dla mnie. W trakcie najbliższej gali KSW 63 stoczy swoją pierwszą zawodową walkę w formule MMA. Z oczywistych względów prowadziła głównie zajęcia ze sportów walki oraz crossfit. Lubiąca ciepło i to dosłownie, na nocnej grze wolała w cieple pilnować „rejonów”, niż skorzystać z opcji straszenia dzieciaków.

Wojtek – nie Kabat

Było nas dwóch, ja i on – zawsze na planie wisieliśmy jako Wojtek z odpowiednim dodatkiem „K” lub ‚B”, co czasami powodowało pojawienie się przysłowiowego oczopląsu i mały kłopot z dojściem, kto i co prowadzi kolejnego dnia. Mieszkaliśmy w jednym pokoju, wielki chłop i to dosłownie, ale o gołębim sercu. Specjalista z racji swoich 193 cm wzrostu od koszykówki i co ciekawe od boksu, przez co stał się właścicielem płaskiego nosa. Mimo dłuższego niż ja stażu na Aktivie, dopiero w tym roku zdecydował się na pierwsze wspólne poranne bieganie z Pawłem. Może nie był to nasz najszybszy bieg w życiu, to najważniejsze było to, że to zrobił, a przez wspólne rozmowy na trasie nieco zmienił zdanie do tego typu aktywności fizycznej. Zdradzę jeszcze jedną małą jego tajemnicę z turnusu, na którym był. Wspólnie z Radkiem odegrali przed dzieciakami po małej przeróbce słynny skecz kabaretu Ani Mru Mru – Tofik, czym wywołali na twarzach dzieciaków salwy śmiechu.

Aktiva

Dzieciaki

O nich też nieco wypada wspomnieć. Co do zasady cały obóz podzielony jest na dwie zasadnicze części – młodszych i starszych. Jeszcze nie dane mi było być na małym obozie wychowawcą i raczej nie chciałbym nim tam zostać. Nie, żebym coś miał do dzieciaków, bo lubię z pracować z młodszymi, ale trochę mniej lubię ten rozgardiasz, który im towarzyszy. I tu wielkie podziękowania dla szefostwa, które od zawsze instaluje mnie przy starszych grupach jako wychowawca. Czasami wcale z nimi nie jest tak łatwo, jak mogłoby się wydawać, bo i oni potrafią dać w kość. W szczególności swoim podejściem do punktualności, porządków w pokojach.

Jednak większość z nich ma jedną, bardzo ważną cechę. Cechę, którą znaczna część dzieciaków mocno w sobie ograniczyła lub wręcz całkowicie ją zatraciła. O co chodzi? Im się jeszcze chce ruszać. Wiadomo wraz z kolejnymi dniami turnusu narasta zmęczenie, ale była wśród nich znaczna grupa, która podobnie jak kadra nawet przerwę poobiednią wykorzystywała na odrobinę wspólnej rywalizacji na wszelkiego rodzaju boiskach. Czasami nawet podejmowali próby walki również z nami. Z resztą mieli ku temu wiele okazji, organizowaliśmy niemal codziennie turnieje, gdzie wystawialiśmy swoje zespoły i rywalizowaliśmy wspólnie z nimi.

Zwierzaki

W tym roku towarzyszyło nam sporo zwierzaków. Wśród nich zdecydowanie dominowały psy, bo było ich aż cztery, ale znalazł się także i kot. Ten ostatni raczej się nam nie narzucał i był, jak na kota dostojnym samotnikiem. Ale psy były zdecydowanymi wesołkami, które każdego natychmiast potrafiły rozweselić i sprawić, że natychmiast na twarzy pojawiał się uśmiech.

Fin i Miśka

Najmłodsze w tym zestawieniu pociechy, bo niemające nawet pół roku. Pocieszne mordki, które były w stanie dać radę treningom, które organizował sobie Paweł w większość poranków. Nie wierzyłem w ich możliwości, ale spokojnie mogłyby mnie zabiegać. Jeśli nikogo nie miały w danej chwili do towarzystwa, to zajmowały się same sobą, dokazując sobie tak mocno, jak tylko mogły.

Perun

Psiak, który jest już z nami kilka lat. Pierwsze moje skojarzenie, które z nim pamiętam to, co ciekawe piwo. Czemu akurat ono? Bo byłem już wtedy miłośnikiem piw rzemieślniczych i byłem po degustacji kilku trunków z nomen omen Browaru Perun. Zwierzak, któremu nigdy nie wyładowują się akumulatory. Zawsze skory do zabawy, zwłaszcza do przynoszenia mu odrzucanych, jak najdalej rzucanych piłeczek i dysków. Czasami było tak, że rzucając mu te zabawki we trzy osoby na zmianę bardziej byliśmy zmęczeni, niż on wracając do nas z nimi.

Gustaw

Najstarszy z całego towarzystwa, można by powiedzieć, że staruszek. Zazwyczaj stonowany i spokojny, ale czasami miał wybuchy energii. Początkowo raczej nieufny wobec obcych, ale jak już się pozwolił nieco rozpieszczać, to nie nie chciał, by przerywano jego głaskanie.

Planszówkowcy

To już kolejny sezon, kiedy to po wieczornych odprawach kadry próbowaliśmy się nieco lepiej zintegrować przy planszówkach. Nie były to, co prawda codzienne rozgrywki, ale udało się rozegrać kilka solidnych partii Sabotażysty oraz Wirusa, choć miałem coś jeszcze w zapasie. W tym sezonie wyszło tak, że to tylko ja zabrałem ze sobą jakieś gry oraz Monika, która miała ze sobą podobnie, jak ja Jungle Speed. Może był ktośjeszcze, kto je miał ze sobą, ale się z nimi nie objawił. Dzieciaki także miały kilka gier, ale królowało zdecydowanie u nich Uno – prosta, a jednocześnie naprawdę wciągająca karcianka.

Antysocial

Zdradzę wam mały sekret. Przez 4 tygodnie, które spędziłem na Kaszubach wrzucałem na soszale tak naprawdę tylko fotki z porannych treningów. A robiłem zdjęcia w każdej możliwej chwili. Sumarycznie przez 2 turnusy zrobiłem ich około 4 tysięcy. Finalnie, po przeglądzie pozostało ich około 1,3 tysiąca. Jednak czy brakowało mi tej odrobiny ekscytacji związanej z ich publikacją? W sumie to nie!!! Każdemu zalecam taki detoks, korzystanie z smartfonów w absolutnym i niezbędnym do tego minimum. Dzięki temu nabiera się więcej dystansu do otoczenia. Zwłaszcza do ludzi i tego, co robią, dostrzega się dużo więcej szczegółów niż zazwyczaj. Efektem czego jest nie tylko o wiele lepszy stan wzroku, ale także dużo spokojniejszy sen.

Powrót do rzeczywistości

Już niedługo rozpoczyna się kolejny rok szkolny. Pocovidowe szaleństwo, a właściwie trwające nadal. Bo już teraz mówi się o jesiennej czwartej fali z kilkunastoma tysiącami zakażeń dziennie. Rozciągnięty do granic możliwości proces rekrutacji przyprawił większość uczniów o solidny ból głowy, związany z niepewnością dostania się do wybranej szkoły. Ten stan trwał do połowy wakacji, a dla tych, którzy nie dostali się do żadnej ze zdeklarowanych szkół jeszcze dłużej.  Kolejne rotacje tradycyjnie czekają nas także w pierwszych tygodniach września. Pierwsze dni nowego roku szkolnego pokarzą prawdziwe oblicze tego, co zostało utracone przez uczniów w trakcie nauki zdalnej i tego, co trzeba jak najszybciej nadrobić.

Co do tego czasu będę robił ja? Solidna praca w domowej siłowni nad własną sylwetką. Nieco się zaniedbałem, bo moja waga ponownie wskazuje „9” z przodu. Co prawda z niewielkim naddatkiem, ale chciałbym to jak najszybciej zmienić i powrócić do „8” na jej wskazaniu, z kolejną coraz niższą liczbą, jako drugą w tym zestawieniu. Do końca miesiąca czeka mnie wirtualny półmaraton, a może nawet także wirtualny maraton, bo i taką opcję rozważam. Pod koniec września w Kraśniku mam mieć miejsce realny półmaraton i chciałbym się do niego dobrze przygotować oraz w końcu mieć oficjalną życiówkę na tym dystansie.

A Ty jakie masz plany ka końcówkę wakacji?

Więcej wpisów w kategorii Nieobiektywnie
Więcej wpisów w kategorii My way